logo
Sobota, 19 czerwca 2021
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Rok C - 4 niedziela zwykła

Wobec zgorszenia
Ks. Rafał Masarczyk SDS 2007-01-28
Jr 1,4-5.17-19; 1 Kor 12,31-13,13; Lk 4,21-30
Przebrzmiały już głosy związane z niedoszłym ingresem ks. Bp Wielgusa. Na ten temat mówiono tak wiele, że trudno coś sensownego dodać. Ogólnie zgadzam się z poglądem ks. Prymasa, że ocenę relacji ks. bp Wielgusa z UB należy zostawić kompetentnych sądom i nie wolno wyrokować na podstawie fragmentarycznych dokumentów. Niniejsze rozważania nie będą więc kolejnym głosem w tej sprawie, ale zaistniała sytuacja jest okazją do pewnej refleksji. Od czasu do czasu pojawiają się różne sensacyjne doniesienia na temat postępowania niektórych duchownych. Na tego typu doniesienia opinia publiczna reaguje różnie, jedni oceniają to jako atak na Kościół inni natomiast mówią o zgorszeniu i o kryzysie w Kościele. Warto postawić pytanie: jaka jest właściwa postawo wobec tego typu doniesień?
 
Jakiś czas temu jeden z czołowych polskich kaznodziejów, ks. dr Gustaw Klapuch, wygłosił na ten temat interesujące kazanie. W swoim wystąpieniu powołał się na dwie historyczne postacie. Marcin Lutra i św. Joannę D’Arc.
 
Ponad 450 lat temu Marcin Luter przyszedł do klasztoru Augustianów po skończeniu studiów świeckich. Był człowiekiem bardzo uzdolnionym o prawym charakterze. Te cechy przyczyniły się do tego, że szybko doceniono jego walory, tak mają niespełna 30 lat został delegatem zakonu do Rzymu, a także powierzono mu wykłady w Wittenberdze. Owe sprawy nie były jednak dla niego najważniejsze, główną jego troską było zbawienie swojej duszy. Stosował intensywnie zalecane przez Kościół środki zbawienia: często się spowiadał i przystępował do Komunii Św., dużo się modlił i brał udział w licznych nabożeństwach. Nie przynosiło to jednak oczekiwanych przez niego rezultatów. Nie stawał się takim, jakim chciał być, dlatego powoli utwierdzał się w przekonaniu, że środki te są bezowocne. Zaczął głosić, że nie wysiłki, jakie podejmuje człowiek, prowadzą do zbawienia, jedynie wiara prowadzi do zbawienia. Zwrócono mu uwagę, że poglądy te nie są zgodne z nauką Kościoła. Luter krytyki tej nie przyjął, poszedł w swoich przekonaniach dalej, postawił pytanie: czy Chrystus jest we mnie, czy jest w Kościele?
 
Były to czasy papieża Aleksandra VI, który był ojcem dwójki dzieci. Czasy Juliusza II, spędzającego więcej czasu na koniu z mieczem w dłoni, niż przy ołtarzu. W tej epoce żył także papież Leon X, którego zamiłowanie do piękna było odwrotnie proporcjonalne do pobożności. Być może, gdyby na stolicy Piotrowej zasiadali tacy ludzie jak Jan XXIII czy Jan Paweł II, a zakonnicy żyliby tak jak św. Franciszek z Asyżu, sprawy potoczyłyby się inaczej. Tych, których spotykał byli jednak bardziej handlarzami sakramentów niż ich szafarzami. Kościół jawił się mu bardziej w postaci ogrójcowej, czyli okaleczony. Na pytanie Chrystusa, bracie Marcinie czy widzisz mnie w Kościele odpowiedział: nie, opuszczając Kościół.
 
Czy można się dziwić takiej decyzji. Nie naszą rzeczą jest go oceniać, jednakże należy tutaj wskazać na inną osobę, która choć nie była wykształcona teologicznie, jak Marcin Luter, w sytuacji o wiele trudniejsze podjęła inną decyzję. Myślę tutaj o św. Joannie D’Arc. Pojawienie się Joanny dla Anglików był pechem. Na początku lat trzydziestych XV w. prawie pokonali Francję po stuletniej wojnie. Św. Joanna, młoda prosta, pobożna dziewczyna, twierdząca, że Bóg do niej przemawia, spowodowała nagły zryw Francuzów i zwycięstwo nad Anglikami. Nie wybaczyli jej tego Anglicy. Kiedy udało się jak pojmać postanowili skazać ją na śmierć. Z punktu widzenia politycznego byłoby źle gdyby to zrobili sami. Przekupili kilku biskupów i duchownych francuskich, którzy dokonali mordu sądowego na św. Joannie. W czasie procesu starano się doprowadzić do tego, aby św. Joanna załamała się i wyparła Chrystusa i Kościoła, ich wyrok skazujący byłby wtedy usprawiedliwiony. Jednakże Joanna nie zwątpiła w Kościół, chociaż przychodził do niej w postaci odrażającej, w postaci jej katów. Nawet w tak skrajnie trudnej sytuacji potrafiła dostrzec w Kościele obecność Chrystusa. Św. Joanna D’Arc cierpiała dla Kościoła, ale przez ludzi Kościoła.
 
Ks. Gustaw Klapuch kończył swoje przemówienie bardzo głęboką refleksją: „Jeżeli kocha się Kościół, trzeba być gotowy do cierpienia dla niego. Ta gotowość może jednak nie wystarczać. Trzeba być także gotowym do znoszenia cierpień zadawanych przez Kościół – zarówno ze strony księży, jak i innych członków Kościoła. To dopiero jest pełnia poświęcenia.”
 
ks. Rafał Masarczyk SDS