logo
Środa, 23 czerwca 2021
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Rok B - 6 niedziela zwykła

Czy potrafię powiedzieć: „jeśli Ty, Boże, chcesz.…”
Ks. Piotr Szyrszeń SDS 2009-02-15
Dz 13,46-49; Lk 10,1-9
To już szósta niedziela okresu zwykłego. Towarzyszymy Jezusowi przemierzającemu miejscowości w Galilei razem ze św. Markiem Ewangelistą. U początku jednak naszego pochylenia się nad skierowanym do nas dzisiaj Słowem Boga chciałbym wrócić myślą do fragmentu Ewangelii, który usłyszeliśmy i – jak wierzę – zabraliśmy ze sobą w naszą codzienność tydzień temu.
 
Jezus przybył do domu Szymona i Andrzeja. Uzdrowił teściową Szymona. „Z nastaniem wieczora”, zaczęto znosić do Niego „WSZYSTKICH chorych i opętanych i CAŁE miasto było zebrane u drzwi”. A Jezus uzdrowił WIELU… i WIELE złych duchów wypędził. Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno wyszedł na miejsce odosobnione, aby się modlić. Uczniom, którzy go znaleźli i poinformowali, że wszyscy go szukają, oznajmił: „Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem”. A Ewangelista dodał od siebie, że Jezus „chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy”.
 
Jezus pragnie wypełnić dzieło, które Mu Ojciec dał do wykonania. Nie może więc zatrzymywać się w drodze, nie może ograniczać swej misji do jednego miasta czy jednej wioski. Ma iść do każdego miasta i miejscowości. Na to wyszedł, aby nauczać. Jezus chce czynić to, czego oczekuje od Niego Ojciec. Chodzi więc po całej Galilei i każdym gestem i słowem, każdym krokiem i każdym wyciągnięciem ręki, objawia Boga bliskiego człowiekowi.
 
Towarzysząc Jezusowi – wraz ze św. Markiem – w pierwszych dniach Jego działalności obserwujemy niesamowite zjawisko bardzo szybkiego, a nawet błyskawicznego, rozchodzenia się wiadomości o Jezusie. Słowo o Jezusie z Nazaretu, słowo o tym jak On naucza i czego dokonuje rozchodziło się przecież lotem błyskawicy. Ludzie zbiegali się, a ze sobą znosili chorych tam, gdzie jak sądzili przebywa. I prosili, prosili… płynęła rzeka próśb.
 
Informacja o Jezusie nauczającym z mocą i działającym wielkie rzeczy była news-em dnia, wiadomością tygodnia, informacją miesiąca… Przekazywano ją z ust do ust. Ta wiadomość była czymś na co, oczekiwały masy. Jeszcze się nie zdarzyło, by ktoś wyrzucił złego ducha, uzdrowił jednego, drugiego, trzeciego, …, dziesiątego, …, wielu chorych. Takiego kogoś oni potrzebowali. Tyle było spraw nie do rozwiązania, tyle problemów przekraczających ich możliwości, tyle problemów ich nękających… Choroba zakaźna, jaką był trąd, niosła z sobą odseparowanie chorego od społeczności. To oddzielenie – w czasach Jezusa i jeszcze długo, długo potem, jedyną obroną przed chorobą zakaźną – co jednak nie zmienia faktu, że niosło ze sobą ogrom osobistego nieznośnego cierpienia. Pozostanie tajemnicą jak trędowaty dowiedział się o Jezusie? Ale chciałbym wraz z Wami przyjrzeć się sytuacji człowieka, który przychodzi do Jezusa i uważnie wsłuchać się w jego prośbę skierowaną do Jezusa.
 
Może przyzwyczailiśmy się do tego, że to Bóg mówi „jeśli chcesz”. w pamięci mamy to spotkanie Jezusa z bogatym młodzieńcem i słowa Jezusa: „A jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania” (Mt 19,17) czy „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną” (Mt 19,21). A dziś słyszymy, jak człowiek zwraca się do Boga „jeśli chcesz”. I kto wypowiada te słowa?
 
Trędowaty. Człowiek przez wszystkich uważany za nieczystego. Człowiek – z nakazu prawa – mieszkający w odosobnieniu. Człowiek, który – nie z własnej woli, ale z nakazu prawa – żył poza obozem, tzn. poza domem, poza miastem, poza granicami wsi. Z nakazu prawa pozbawiony żyjący w ubliżających komukolwiek warunkach; człowiek zobowiązany do tego, by – jak słyszeliśmy w pierwszym czytaniu – chodzić w rozerwanych szatach, z włosami w nieładzie, z zasłoniętą brodą. Człowiek, który gdziekolwiek się pojawił – miał obwieszczać głośno innym swoją sytuację wołając: „nieczysty, nieczysty”. Po co? Kontakt z człowiekiem trędowatym z higienicznego, medycznego punktu widzenia groził zarażeniem, a z religijnego punktu widzenia groził zaciągnięciem nieczystości powodującej niemożność uczestniczenia w kulcie religijnym. On sam miał to wszystkim ogłaszać, z daleka ich przed sobą samym ostrzegając i każdym takim okrzykiem skazując się na coraz większą samotność. Każde wykrzyczane przez niego samego „nieczysty” pogłębiało jego izolację od tych, którzy kiedyś byli jego krewnymi, jego sąsiadami, jego przyjaciółmi.
 
Taki oto człowiek przychodzi do Jezusa, pada przed Nim na kolana i prosi Jezusa: „Jeżeli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Nie przesłyszałem się? Ten człowiek, któremu każda śmierdząca rana na ciele przypomina straszliwą izolację od ludzi zwraca się do Jezusa: „jeżeli chcesz…, możesz mnie oczyścić [uzdrowić]”. Trędowaty wyraża swą wiarę we wszechmoc Jezusa: „wierzę, że możesz mnie oczyścić”; trędowaty wie też po, co przyszedł do Jezusa: „[ja padam przed Tobą, bo] chcę żebyś mnie oczyścił”. Pragnie dla siebie zdrowia, ale nie wie czy Jezus pragnie tego samego i mówi: „jeśli chcesz”. Zostawia Jezusowi wolną rękę: „jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Czy brał pod uwagę to, że wola Jezusa mogłaby być inna niż jego, że Jezus mógłby nie chcieć go oczyścić? Tego nie wiemy. Ale wtedy wszystko w zewnętrznych przejawach zostałoby w jego życiu po staremu. Czy ja potrafię mówić do Boga: „jeśli chcesz…”, „jeśli Ty, Boże, chcesz…”?
 
To spotkanie Jezusa z trędowatym przypomina mi inny epizod, który miał miejsce jakieś trzy lata później. Po Ostatniej Wieczerzy Jezus poszedł wraz ze swoimi uczniami do Ogrodu Oliwnego. Prosił ich, aby czuwali wraz z Nim. „I odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: 'Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty'”. (Mt 16, 39). „Jednak nie moja wola, ale Twoja niech się stanie” (Łk 22, 42). Czy postawa Jezusa, czy Jego słowa nie przypominają tamtego gestu i prośby trędowatego, którym przyglądamy się dzisiaj. One są tak podobne. Jeden i drugi, i trędowaty i Jezus – każdy z nich zanosił gorące prośby i wołania do Tego, który jak sądził mógł go wybawić. I obaj zostali w swej modlitwie wysłuchani. Tak! Autor listu do Hebrajczyków napisze o Jezusie, że „z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają…” (Hbr 5,7-9).
 
I raz jeszcze pytam siebie, czy ja potrafię mówić do Boga: „jeśli chcesz…”, „jeśli Ty, Boże, chcesz…”, „nie moja, ale Twoja wola niech się stanie”? Ilu z nas doświadczając trudnych sytuacji dnia codziennego i niepewności jutra, albo osamotnienia albo dramatu małżeńskiego czy rodzinnego, we wspólnocie zakonnej czy szkole, z wiarą i z serca wyrywającą się prośbą pada na kolana przed Jezusem jak ów trędowaty?
 
Kilka dni temu, 11 lutego – we wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes – obchodziliśmy Światowy Dzień Chorego. Ile osób starszych i chorych w naszych domach, w naszych rodzinach, w szpitalach i domach opieki, naśladuje duchowo – bo schylić się nie mogą – postawę trędowatego? Ilu chorych – jak Jezus – z głośnym wołaniem i płaczem zanosi prośby i błagania do Tego, który może wybawić ich od śmierci? Ilu z nas czy z nich cieszy się uzdrowieniem – jak ów trędowaty z dzisiejszej Ewangelii? A ilu uczy się wraz z Jezusem posłuszeństwa Ojcu przez to, co wycierpią? I ilu z nich staje się sprawcami wiecznego zbawienia dla tych, którzy słuchają Słowa Bożego. Oni w dzisiejszym świecie czynią widzialnym Chrystusa cierpiącego, Chrystusa lękającego się cierpienia, proszącego Ojca o Jego odsunięcie, ale do końca posłusznego woli Ojca.
 
A może to, że jeszcze nie poleciały bomby na jakiś zakątek globu, zawdzięczamy ofierze cierpienia przyjętego i ofiarowanego przez takie osoby w intencji pokoju. A może to, że wczoraj, dziś czy jutro ktoś po długich dniach, tygodniach, miesiącach czy latach upadnie przy kratkach konfesjonału jest owocem ufnej i wytrwałej modlitwy siostry z klasztoru klauzurowego, której nie widać, która ofiarowała Bogu nie tylko swą modlitwę, ofiarowała siebie – całą siebie. Siostry żyjącej w klauzurze, która naśladując Chrystusa zdecydowała się na taką formę ubóstwa, której wyrazem jest wyrzeczenie się nie tylko rzeczy, ale także „przestrzeni” życiowej; która wyrzekła się nie tylko wielu dóbr stworzonych, ale także kontaktów z innymi.
 
Potrzeba światu kapłanów i zakonników, którzy jak kiedyś Chrystus, przemierzać będą dziś drogi świata głosząc Dobrą Nowinę o Bogu bliskim każdemu człowiekowi. Potrzeba osób zakonnych [konsekrowanych], które czynić będą widzialnym w dzisiejszym świecie Chrystusa pochylającego się nad chorymi i cierpiącymi, dotykającego trędowatego, uzdrawiającego niewidomych, przygarniającego dzieci. Ale potrzeba światu także tych, którzy naśladować będą Chrystusa modlącego się na górze. Św. Marek, którego relacji o uzdrowieniu trędowatego dzisiaj słuchaliśmy, zaznaczył tylko że Jezus – skutkiem powiedzmy „niezachowania dyskrecji” przez uzdrowionego – „nie mógł jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego”. Św. Łukasz zakończył swe opowiadanie nieco inaczej: „tym szerzej rozchodziła się Jego sława, a liczne tłumy zbierały się, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych niedomagań. On jednak usuwał się na miejsca pustynne i modlił się” (Łk 5, 15-16). I potrzeba tych, którzy pójdą w ślady Chrystusa posłusznego woli Ojca aż po cierpienie, po krzyż.
 
Ilu z nas w ukryciu staje się sprawcami wielkich rzeczy w bliższym i dalszym otoczeniu przez modlitwę i ofiarę cierpienia. Ile osób przez swe modlitwy czy cierpienie sprawia, że słowo głoszone przez kapłanów pada na ziemię, która go przyjmie i wyda godne owoce dobra, miłości, cierpliwości, zgody, nawrócenia, pokoju…? Ile osób przez swe trudne posłuszeństwo woli Ojca uczy innych – starszych i młodszych – stojących w obliczu życiowych decyzji stanąć przed Bogiem z jakżeż nieraz trudnym słowem: „jeśli chcesz”, „jeśli Ty, Boże, chcesz…”, „nie moja, lecz twoja wola niech się stanie”.
 
Sobór Watykański II uczy nas: „Zakonnicy gorliwie starać się mają o to, aby za ich pośrednictwem Kościół z biegiem czasu coraz lepiej, zarówno wiernym, jak i niewierzącym, ukazywał Chrystusa – bądź to oddalającego się kontemplacji na górze, bądź zwiastującego rzeszom Królestwo Boże, bądź uzdrawiającego chorych i ułomnych, a grzeszników nawracającego do cnoty, bądź błogosławiącego dzieciom i dobrze czyniącego wszystkim, a zawsze posłusznego woli Ojca, który Go posłał” (LG 46).
 
„Jeśli chcesz…” to prośba, z którą trzeba nam stanąć dziś przed naszym Bogiem. „Czego ode nie chcesz…?” to pytanie, z którym trzeba nam paść na kolana przed Ojcem. I starszym i młodym. I tym, którzy już wybrali i tym, którzy rozeznają swoje miejsce w planie Boga i stoją przed decyzją o pójściu drogą konkretnego powołania. I świadomie używam słów „decyzja o pójściu drogą konkretnego powołania”, a nie mówię „decyzja wyboru drogi powołania”. Bo inicjatywa należy do Boga. Bo wyboru dokonuje najpierw Bóg. Człowiek odpowiada na wybór. My tylko odczytujemy, „odszyfrowujemy” pragnienie Boga względem nas. I to, o czym mówimy „wybieram drogę powołania małżeńskiego” czy „wybieram drogę powołania zakonnego, kapłańskiego” tak naprawdę stanowi odpowiedź na wybór Boga. „Jezus przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego” (Mk 3,13). Powołanie jest darem; nie jest prawem przysługującym człowiekowi. Nie mogę sobie rościć prawa np. do kapłaństwa. „Jezus przywołał do siebie tych, których sam chciał”. Ja odpowiadając na to „przywołanie” decyduję się przyjść do Niego „a oni przyszli do Niego”. Decydując się wybieram to, co wybrał dla mnie Bóg albo odrzucam to, co wybrał dla mnie Bóg. Zaproszeni „Pójdź za mną” wystawia na próbę wielkoduszności, próbę ofiary, poświęcenia. „Jeśli Ty, Boże, chcesz…”. Ale ta decyzja należy do Ciebie: albo chcesz tego, czego chce Bóg albo nie chcesz tego, czego chce Bóg. Twoje powołanie to nie jest tylko twoja sprawa. Powołanie – tak kapłańskie jak zakonne, jak małżeńskie – nie dotyczy wyłącznie osoby bezpośrednio zainteresowanej. Powołanie jest także dla innych. Nie zajmuj się tylko sobą. Bóg potrzebuje Cię dla innych. „Jeśli Ty, Boże, chcesz…”.
 
Ks. Piotr Szyrszeń SDS