logo
Niedziela, 25 lipca 2021
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Rok C - 13 niedziela zwykła

Freedom
O. Andrzej Prugar OFMConv 2013-06-30
Krl 19,16.19-21; Ga 5,1.13-18; Lk 9,51-62

„Freedom!” (wolność) - ostatnie słowo szkockiego wojownika Williama Wallesa w filmie „Waleczne serce”, wykrzyczane z głębi serca przed egzekucją, brutalnym zabraniem mu życia na oczach wielu ludzi. Dokonali tego Anglicy w XIII w. za to, że wystąpił w obronie praw Szkotów. Mógł zachować życie w zamian za złożeniu hołdu prześladowcom. Dopiero z końcowych napisów filmu dowiadujemy się, że po śmierci Wallasa, jego rodacy mając w pamięci okrzyk „wolność”, a w zasadzie sposób w jaki cenił życie w wolności – bardziej niż swoją osobistą wygodę – Szkoci poderwali się do walki i rzeczywiście odzyskali wolność.  

Św. Paweł napisał do Galatów takie zdanie: „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” (Ga 5,1). Można zapytać: jak to, do wolności trzeba wyzwolenia? Z czego i za jaką cenę?

Kilka dni temu Aleksander Kłak, polski sportowiec, były bramkarz, reprezentant Polski, który zdobył srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku, udzielił wywiadu. Stefan Sękowski pyta: „dlaczego chciał się Pan z nami podzielić swoimi doświadczeniami? – odpowiedź sportowca jest niezwykłym świadectwem drogi do wolności – ja tego naprawdę nie chciałem! Bóg pokazał mi swoją moc nie dlatego, żebym milczał. Myślę nawet, że milczenie w moim przypadku byłoby grzechem… po sukcesie w Barcelonie uderzyła mi woda sodowa do głowy i poszedłem w innym kierunku…Większe pieniądze, zaszczyty, wywiady, pierwsza, druga, trzecia impreza, grzeszne życie… Czułem się niezniszczalny, to na pewno nie pochodziło od Boga. Nie leczyłem kontuzji – bardzo dużo ryzykowałem, nie szanowałem zdrowia… w drugiej połowie lat 90. w Belgii podczas meczu złamałem nadgarstek, lekarze wysyłali mnie już na emeryturę. Doktor powiedział, że nie ma już żadnych szans, trzeba wyciąć pół nadgarstka, co oznacza koniec kariery. Po operacji musiałem czekać kilka miesięcy na efekty i wtedy zaproponowano mi „pomoc” w postaci rozwiązań niekonwencjonalnych: hipnozy, bioenergoterapii, przykładania rąk. Nauczyłem się autohipnozy…Najdziwniejsze jest to, że to bardzo pomaga! Ale tylko na chwilę. Wróciłem do grania. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego, jakie to może mieć długofalowe skutki, że to wchodzenie w okultyzm. Ludzie się śmieją z księży, którzy przed tym ostrzegają, ale to było otwieranie się na szatana, nawet jeśli nieświadome. To nie musi działać od razu. Następstwem były depresja, hipochondria, nerwica lękowa i hiperwentylacja… pojawiło się mnóstwo innych niewytłumaczalnych objawów i brak chęci do życia... Podczas wakacji, o których mówiłem, pijany i wściekły jak pies rozpętałem awanturę z pijanymi Anglikami, co o mały włos nie zakończyło się bójką. Byłem na dnie, ale nie potrafiłem tak dłużej. Pomyślałem o Bogu... Pierwsza z trzech spowiedzi generalnych, aż tyle ich potrzebowałem, odbyła się 31 grudnia 2012 rano u kapucynów. Poprzedzona była długą rozmową z br. Rafałem, który mnie poprowadził w tym trudnym czasie. Po spowiedzi przyszedłem do domu, a ponieważ musiałem jeszcze iść wieczorem do pracy, odmówiłem pokutę i położyłem się spać. Zasnąć nie mogłem, przewracałem się z boku na bok, aż w końcu poczułem silną drgawkę, po której nastąpiła błoga ulga… Właśnie odbywały się w Antwerpii rekolekcje… właściwe lekarstwo we właściwym czasie. Od tego czasu zacząłem się modlić. Ale nie z zegarkiem w ręku, modlę się często i długo. Nie piję, nie palę, nie dlatego, że sobie to obiecałem, ale ponieważ mnie do tego już, o dziwo, nie ciągnie. 25 lat nie potrafiłem sobie odmówić, a teraz nagle koniec. Chodzę do kościoła w dni powszednie i święta, na rekolekcje, adoracje i Drogę Krzyżową. Modlę się wszędzie, w autobusie, na ulicy, w domu, na basenie. Jak tylko ktoś zajdzie mi za skórę, od razu się za niego modlę. Dzielę się z ubogimi, jak tylko mogę. Słuchanie piosenek religijnych i czytanie Pisma Świętego to rozkosz dla mojej duszy. Czuję, co to miłość, mam znowu nadzieję i jestem szczęśliwy… wszystkich obwiniałem o problemy, tylko nie siebie. Najbardziej cierpiała na tym moja rodzina. Denerwowało mnie bardzo wiele rzeczy, gdy stałem w korku, podskakiwałem, krzyczałem. Teraz tylko się uśmiecham... Staram się wynagradzać ludziom, których skrzywdziłem. Jestem innym człowiekiem... Koledzy się pytają: jak to się stało? Odpowiadam: modlę się... Jezus jest moim przyjacielem (Gość Niedzielny, wydanie elektorniczne, 28 czerwiec 2013).

Bogu niech będą dzięki, że przez Jezusa Chrystusa wyzwala nas ku wolności. Nie żyjemy już tylko dla siebie – ale dla Boga, rodziny, bliźnich; nie żyjemy jak libertyni – hołdując zmysłom i będąc w ich niewoli; nie szukamy tylko swojej woli, ale woli Boga, która prowadzi nas do innych i z innymi, ku spełnieniu. Bóg wyzwala i powołuje do wolności.

Elizeusz żył spokojnie jako bogaty syn rolnika. Nagle pośród jego pracy, kiedy orał dwunastoma parami wołów przez symboliczny gest narzucenie płaszcza – zostaje powołany, aby być następcą wielkiego proroka Eliasza (por. 1 Krl 19, 16 nn). Gdzie tu jest wolność? Wolność jest w posłuszeństwie Bogu, który wie i widzi lepiej. Wolność jest w przezwyciężaniu zapatrzenia się w swoje gospodarstwo, swoją małą działkę, swoje plany, a poszukiwaniu tego, co jest naprawdę konieczne, potrzebne i dobre, nie tylko dla mnie.

Tak żył Jezus: nie dla siebie, przekroczył granicę własnego upodobania i w Getsemanii powiedział – niech się stanie tak jak Ty chcesz Abba-Ojcze! (por. Mk 14,32). Potem był okrzyk zaufania na krzyżu: „Ojcze w Twoje ręce powierzam mojego ducha” (Łk 23,46).Wziął naszą niewolę a oddał nam pokój i pojednanie z Bogiem.

Skupinie na sobie i tylko sobie i swoich potrzebach, przyjemnościach i planach, pozostawanie na poziomie dobroci, który sami sobie wyznaczamy na tym świecie nazywamy „życiem według ciała”. Kiedy jednak pytamy, słuchamy, jesteśmy otwarci na głos Boga na tym świecie i wchodzimy świadomie w walkę z naszymi namiętnościami, grzechami i tylko egoistycznymi planami, wybierając ostatecznie, to co proponuje Bóg – „żyjemy według Ducha”, dla innych, dla życia i światła. Jesteśmy prawdziwie wolni.

Jezus, kiedy kieruje swoje „pójdź za Mną” do człowieka, który się tego nie spodziewał, wymaga natychmiastowej decyzji, pozostawienia wszystkiego i udania się w drogę (Łk 9,59). Św. Łukasz uświadamia nam, dokąd Jezus idzie: „gdy dopełnił się czas Jego wzięcia z tego świata…” (Łk 9,51). Dosłownie chodzi o „wzięcie w górę”, czyli o krzyż i zmartwychwstanie, o niebo! Powołany nie można zwlekać, nie może myśleć o swoim życiu jako bezpiecznej norze jak lis, czy o gnieździe jak ptak, nie powinien nad głos Boga stawiać nawet grzebania swoich umarłych, ponieważ ma służyć, od zaraz, życiu. Wolość właśnie na tym polega, na czynieniu tego, co się Bogu podoba, bo to jest właśnie najlepsze dla nas, doświadczamy wolności i możemy być nieprawdopodobnie kreatywni w dobru. Taki jest Jezus. „Wolność, do której powołuje nas Chrystus, to Jego własna wolność, przez którą otrzymujemy udział w wewnętrznej wolności Bożej, trynitarnej i absolutnej” (H. Blathasar).

Podczas każdej Mszy świętej kapłan uroczyście wypowiada słowa, podnosząc obecnego w postaciach eucharystycznych Jezusa: „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie…”. Wszystko otrzymaliśmy w Nim, wszystko możemy ofiarować i o wszystko prosić przez Niego. Nasze ofiarowanie się z Chrystusem Bogu, z całym naszym życiem, nasze nieustanne przechodzenie z życia według ciała do życia według Ducha staje się możliwe w Kościele budowanym przez samego Chrystusa. Bądźmy wdzięczni słuchając tego uroczystego śpiewu, za Kościół – miejsce naszego wyzwalania i życia w wolności.


Andrzej Prugar OFMConv 


 

Inne homilie na tę niedziele
__________________________________________________________________________________________
Propozycje kazań można wysyłać na adres: 
redakcja@katolik.pl